JestemDzieckiem.pl
Ilość: 0 

0
Świat do góry nogami, czyli jak zmieniło się moje życie, gdy zostałam mamą

Dodano: 2011-06-21
Pół roku po ślubie wprowadziliśmy się z mężem do naszego nowego domu. Wszystko było nowe, świeże i pachnące. Od razu miałam wizję, co i jak urządzić. Spokojnie aranżowaliśmy przestrzeń według swoich potrzeb. Kolorki na ścianach, jasne obicia kanap i długie zasłony aż do ziemi. Szklana ława i mnóstwo bibelotów na kominku, parapetach i półkach. Kiedy po trzech miesiącach od wprowadzenia się dowiedziałam się, że jestem w ciąży, bardzo się ucieszyliśmy. Teraz nasza rodzina miała stać się prawdziwą i pełną. Wiele par z naszego otoczenia bardzo długo starało się o potomstwo, tym większa była nasza radość z tej dobrej wiadomości.

W ciąży czułam się bardzo dobrze i nieskromnie mówiąc wyglądałam rewelacyjnie. Dopiero pod koniec roku (a termin miałam na połowę marca) pojawił mi się brzuszek. Wcześniej jedyną zauważalną zmianą był dwa rozmiary większy biust, więc wyglądałam bardzo zachęcająco :-) Dodatkowo moja cera zrobiła się wręcz idealna, lśniące włosy łatwo się układały, nastrój w ciąży – fantastyczny! W ostatnim trymestrze ciąży włączyło mi się wicie gniazdka. Zaczęłam robić generalnie porządki i urządzać pokoik dziecięcy. Sama malowałam ściany, a dokładniej malował mój mąż, ja domalowałam: żyrafę z miarką wzrostu – lecącego z balonikiem Kubusia Puchatka oraz dwa krasnale z Królewny Śnieżki. Kupiliśmy kilka podstawowych mebelków dla malucha: regał, komódkę i łóżeczko. W pokoju wylądował jeszcze fotel, który miał mi służyć podczas nocnych karmień. Sama wybierałam wszystko i nie mogłam się doczekać, kiedy dzidziuś zamieszka w tym ślicznym pokoiku. Kupiłam lampkę, która daje słabe światło, żeby nie wybudzać dziecka podczas nocnego karmienia i ewentualnego przewijania. Wszystko to przygotowywałam w pokoju maluszka. Jeszcze wtedy nie byłam świadoma, jaką rewolucję w naszym domu przeprowadzi synek.

Nie mogłam się doczekać porodu. No nie może źle to ujęłam, bo na poród za bardzo nie czekałam, ale na synka tak. Chciałam go już zobaczyć i przytulić. Dwa tygodnie przed terminem mój mąż panicznie zaczął na mnie naciskać w sprawie spakowania torby do szpitala. Jako grzeczna i posłuszna żona zrobiłam to natychmiast. Też nie chciałam zostać zaskoczona, gdy akcja się rozpocznie, a pakowanie w wydaniu mojego męża napawało mnie przerażeniem. Rozpoczęło się oczekiwanie. Gdy termin przechodziłam już jakieś siedem dni, moje znużenie byciem w stanie zawieszenia osiągnęło szczyt. Lekarz stwierdził, że jeśli nic się nie wydarzy, dziesiątego dnia mam się rano zgłosić na patologię do szpitala, w którym zamierzam rodzić. Poranek dnia dziesiątego nastał spokojnie i bez problemu, trzeba było więc zabrać pakunki i jechać do szpitala.

Kiedy w szpitalu pojęłam, o co chodzi od razu zaczęłam odczuwać lekkie skurcze. Kładą taką biedaczkę na patologię i obserwują, nawet jeszcze przez cztery dni, zanim zaczną wywoływać poród. O nie, co to to nie!!! Ja się tak nie dam! Nie będę tkwiła tyle czasu w okropnym szpitalu. Do godzin odwiedzin moja mobilizacja była tak skuteczna, że gdy przyszedł mąż, żeby mnie odwiedzić, to za chwilę położne podjęły decyzję o przeniesieniu mnie na porodówkę. I całe szczęście. Szpital tak, ale tylko w rozsądnych ilościach. Dalej zaczęła się prawdziwa orka. Nie będę wchodzić w szczegóły, ale szczęśliwy finał przypadł na godzinę 0.50. Następnego dnia nie mogłam mówić, tak zdarłam gardło. Później już tylko odliczałam doby do wyjścia. W końcu nastał ten wspaniały moment. Pod szpitalem czekała szczęśliwa babcia i w końcu wyruszyliśmy w drogę do domu.

To było coś wspaniałego mieć przy sobie dwóch ukochanych facetów i perspektywę kilku wspólnych dni. Miałam wewnętrzną siłę, która wzmacniała się z każdym przejechanym w kierunku domu metrem drogi. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, zaniosłam malucha do jego pokoju i położyłam w łóżeczku. Odwiedziła nas położna i po krótkim instruktażu życząc powodzenia, poszła. Kiedy chciałam iść do toalety mój mąż się zaniepokoił, że zostawiam maluszka samego. Zdziwiłam się, ale nie protestowałam, gdy zaniósł go do wózka w salonie, żeby mieć go „na oku”, gdy mnie nie ma w pobliżu. I tak zaczęły się zmiany.

W pierwszej kolejności łóżeczko malucha z jego pokoju trafiło do naszej sypialni. Niestety zaraz potem maluch z łóżeczka powędrował do naszego łóżka. Niby było łatwiej, bo karmiłam właściwie przez sen, ale jak tu przytulić się do męża skoro po drodze leży latorośl? Maluch szybko rozgościł się w naszym pokoju. Za łóżeczkiem przywędrował przewijak i cała kosmetyka, od wacików i szczoteczki do włosów aż po stojak na wanienkę. Moja sypialniana oaza została definitywnie zmieniona pod dyktando malucha. I w chwilach, kiedy relaks, dobry relaks był mi tak bardzo potrzebny, to zamiast niego miałam slalom z przeszkodami w postaci asortymentu niemowlęcego. Następnie w salonie pojawił się zestaw do przewijania oraz liczne grzechotki, które wbijały mi się w plecy, gdy uśpiwszy maluszka rzucałam się na kanapę prawie bezwładnie. Pojawiło się jeszcze łóżeczko turystyczne i bujaczek. Z jednej strony chciałam się przed tym bronić, z drugiej to były niezbędne dodatki. Dzięki nim mogłam spokojnie zostawić malucha, który umiał już przewracać się z pleców na brzuch i na odwrót. Łóżeczko turystyczne było konieczne, a bujaczek dawał krótkie chwile spokoju, podczas których dziecko zamiast Tobą zajmuje się sobą. Kiedy maluch skończył pół roku łóżeczko zastąpił ogromny materac, na którym bez przerwy walały się tabuny zabawek. Dodatkowo niektóre z nich wydawały liczne melodyjki, które moje dziecko wciąż włączało. W mojej stylowej kuchni pojawił się wielki i bardzo niepasujący do niczego fotelik do karmienia. Niestety te pasujące, które tak bardzo mi się podobały, nie były tak praktyczne i stabilne, jak ten wielofunkcyjny, łatwy do utrzymania w czystości. Zresztą bywałam tak zmęczona, że nie miałam już sił na szaleństwa w kuchni ani na wyszukane potrawy jedzone w ciszy i spokoju przed telewizorem w towarzystwie mężulka. Maluch wkroczył nawet do mojego menu, bo w końcu byłam producentką jego ukochanego mleczka (jednym słowem mleczarnią z bardzo wysokimi standardami produkcji, nawet sanepid do niczego by się nie przyczepił). Smażone zabronione, cytrusy zabronione, sery pleśniowe odpadają i tak dalej, i dalej. Na pewno znacie już do znudzenia tę listę. Mąż na początku tak bardzo bał się, że maluch będzie miał kolki (czytaj: ciągły płacz, noszenie, zmęczenie), że przez pierwszy miesiąc jadłam:

1. śniadania i kolacje: chleb z pieczonym w domu schabem, serem białym, ewentualnie dżemem domowej roboty

2. obiady: ziemniaki gotowane z marchewką, delikatnie solone, a do tego gotowany indyk lub kurczak (najlepiej pierś, bo chuda) lub ryba na parze z warzywami (też na parze), ewentualnie ryż z jabłkami (prażonymi w domu)

3. przekąski: pieczone jabłka, gotowane warzywa

4. napoje: herbaty owocowe, kawa zbożowa i kompoty domowej produkcji.

Na szczęście dzięki położnej przekonałam męża, że aż tak restrykcyjna dieta może odbić się na moim samopoczuciu i zdrowiu, a dziecku nic nie będzie jak zjem inne produkty. Powrócmy do maluszka, który czuł się w domu coraz bardziej zadomowiony.

Trudno by szukać miejsca, gdzie maluch się nie rozgościł, bo nawet w łazience, gdzie specjalnie dla mnie została wstawiona wanna, znalazły się teraz jego rzeczy. Moje zapachowe świece i ozdobne flakony z mydłem, płynem do kąpieli i tym podobne bibeloty zastąpiły gumowe kaczuszki, nakręcane delfinki i żaby oraz góra naczynek do przelewania wody. Zanim dorósł do zabawy w wodzie, jego plastikowa wanienka stale gościła w mojej wannie. Ilość zabawek z dnia na dzień wzrastała. W pewnym momencie pojawiły się pisaki, którymi można malować po wannie i kafelkach. Nie jestem tylko pewna, czy to dotyczy fug, których jest u nas sporo, bo przy wannie króluje mozaika. Wyczyszczenie śladów po pisakach to wyzwanie dla Anthea Turner (tej od programu „Perfekcyjna Pani Domu”). Co gorsza czasem jest tak, że mój mąż po zabawie w kąpieli z maluchem zostawia wszystko, a ja przychodzę na wieczorną kąpiel i co widzę… Wanna pełna zabawek w pianie, a dodatkowo cała porysowana pisakami. Od razu ciśnienie mi skacze, chociaż należę do spokojnych ludzi.

Bardzo się ucieszyliśmy, gdy mały zaczął chodzić. Jednak radość ta miała również drugie dno. Do tej pory mąż uważał, że przesadzam z twierdzeniem, iż dziecko zmieniło nasz dom nie do poznania. Zrozumiał, na czym polega to zjawisko, gdy pierwsze pewne kroki poprowadziły maluszka w kierunku płytoteki taty... Tatuś aż pobladł. Zanim zdążył podbiec, kilka egzemplarzy wylądowało na podłodze. Ponadto okazało się, że na półkach z płytami DVD trzeba wygospodarować sporo miejsca na zbiory synka. Nasze dziecko obecnie ma więcej płyt z filmami (te muzyczne będzie musiał jeszcze długo zbierać) niż my. Jeszcze nie raz tatuś nieźle się spocił np. gdy maluch namierzył jego ulubione karty do gry lub pokolorował właśnie czytaną książkę.

W ogródku musiałam zrezygnować z części trawnika na rzecz piaskownicy i oddałam swój przeciwsłoneczny parasol, żeby w piaskownicy był cień. Mój maluch ma oczywiście cały zestaw zabawek do piasku, wielką ciężarówkę, huśtawkę i basen. Ja basenu jeszcze się nie dorobiłam. Nie mogę nie wspomnieć o trzykołowym rowerku i rowerku do odpychania się bez pedałów. Dziadek wybudował mu ogrodowy drewniany domek na czterech nogach, do którego prowadzi kilka schodków. Babcia do domku dokupiła dziecięcy zestaw mebli ogrodowych. I trzeba jasno stwierdzić, że dziadkowie są niereformowalni i ciągle coś kupują.

Jeśli teraz myślicie, że nie mam umiaru w obdarowywaniu mojej pociechy i sama jestem sobie winna, to pragnę zapewnić Was, że sporadycznie kupuję synkowi zabawki. W mojej rodzinie mój synek jest pierwszym dzieckiem (wnukiem, siostrzeńcem). Od strony męża jest już dwójka dzieci, ale są o pięć lat starsze. Jest jeszcze mama chrzestna, która zawsze pamięta o prezencie dla swojego chrześniaka. Wszyscy kupują jakieś upominki. Ponadto część zabawek synek odziedziczył po swoim, a część nawet po moim kuzynie. I tak niepozornie zbiór zabawek rośnie w tempie nie do opanowania... Ostatnio już zapowiedziałam babciom, że z okazji urodzin prosimy o praktyczne prezenty, np. ubranka.

Teraz maluch uczy się siusiania do nocnika, dlatego prawie w każdym kącie jest jeden, a do łazienki wprowadził się plastikowy stopień, który umożliwia synkowi samodzielne korzystanie ze zlewu oraz zapalanie i gaszenie światła. Bardzo się cieszę z samodzielności mojego dziecka, ale faktem jest, że zupełnie zmienia się nasz świat.

Kiedy teraz wspominam nasz dom, gdy wprowadziliśmy się, prawie go nie poznaję. Jasne okrycia wypoczynku przykrywają ciemne koce. Pomimo częstego prania i tak w licznych plamach. Długie zasłony zniknęły na dobre, pożegnałam się też na razie ze szklaną ławą. Nie będę już wspominać o obiciach na ścianach i śladach po łapkach oraz rysunkach na ścianach wykonanych kredkami. Dodatkowo nasz synek upodobał sobie zaślepki do listw przypodłogowych – ciągle je wyjmuje i chowa w jeździku. Ostatnio zauważyłam, że umie wejść na kominek, więc jego podboje będą trwały i obejmowały coraz to większe przestrzenie domu.

Wczoraj otwieram szufladę ze sztućcami a tam gadająca wiertarka synka szczerzy się w najlepsze. W garnkach mam drewniane klocki, a worek na śmieci muszę kilka razy w ciągu dnia kontrolować, bo czasem malec ma napad porządkowania. Mężu nie możesz znaleźć kluczyków od auta? Być może są w jeździku malucha (to najlepszy schowek, pod siedzeniem) i nie przejmuj się, że obok leży kawałek wczorajszej bułki lub parówki.

Nie, nie narzekam na ciężki los, bo mam swoje dziecko. Wręcz przeciwnie, jestem zakochana w moim potomku i wręcz od niego uzależniona. Takie refleksje, jak te powyżej, przychodzą tylko czasami, gdy leżę w wannie, relaksuję się, mam zamknięte oczy, przenoszę się w wyobraźni do spa... i nagle coś trąca mnie w ramię. To konewka mojego synka, która zsunęła się z obrzeża wanny. Muszę już kończyć te moje wywody, bo synek właśnie wdrapał mi się na kolana i dopisuje całe rzędy jedynek. Pewnie chciałby dodać swoje trzy grosze na temat, bo swoje zdanie już ma ;).

Paulina z Poznania

Komentarze

ilość komentarzy: 0

Facebook:  

Temat:     

Treśc komentarza:  

Przepisz kod z obrazka: Captcha Podpis:     

Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.