JestemDzieckiem.pl
Ilość: 0 

0
Co w kołysce piszczy – młoda mama kontra płaczący noworodek

Dodano: 2011-07-11
Kiedy wracasz z kilkudniowym berbeciem ze szpitala, jesteś zazwyczaj totalnie wykończona. Z dnia na dzień spada na Ciebie mnóstwo obowiązków. Jeszcze kilka dni temu (bo prawdopodobnie byłaś na zwolnieniu) spokojnie odpoczywałaś w domu oczekując wielkiego dnia – dnia narodzin swojego maleństwa. Już nie mogłaś doczekać się tych emocji, tej radości, pierwszego przytulenia... I faktycznie było to wszystko. W szpitalu miałaś jeszcze trochę energii – to adrenalina Ci ją zapewniła.

U mnie było podobnie. Przechodziłam sporo termin, więc już się kręciłam jak oszalała, żeby tylko zakończyć stan ciąży i wejść w nową, wspaniałą, wyczekaną rolę Matki Polki (a co sobie będę żałować). Urodziłam przed pierwszą w nocy, a męczyłam się od wczesnego popołudnia. Oczywiście z każdą godziną męki były coraz większe, a jednak dałam radę. Gorzej wyglądał mąż, któremu nikt nie podał odżywiającej kroplówki.


Kiedy razem z maluszkiem trafiłam na salę poporodową, odczułam zmęczenie. Zasnęłam takim kamiennym snem, że aż sama się sobie dziwię. Na szczęście synek dotrzymywał mi kroku i spał równie mocno. Z tym, że on bardziej słodko niż ja. Myślałam, że taki mi się wspaniały egzemplarz trafił i że po prosu będzie grzecznie przesypiał nocki. Niestety trzecia noc w szpitalu zweryfikowała moje wyobrażenie o wyjątkowości mojego egzemplarza.


Środek nocy, na sali poza mną jeszcze trzy inne świeżo upieczone mamy z maluchami, a mój synek zaczyna koncert. Niby cienki i cichy, ale jakiś taki wibrujący w uchu. Tak to płacz, zdecydowanie. Pewnie jest głody. Przystawiam go do piersi, ale jakoś tak się kręci, jakby nie miał ochoty na jedzenie. Próbuje ponownie, bo przecież co może być nie tak? To jeszcze bardziej rozwściecza moje dziecko, które teraz rozkręciło się na dobre i donośnie płacze. Ostatki spokoju powoli się wyczerpują. Drżącą ręką sprawdzam, czy może nie ma mokro albo czy może zrobił kupkę. Nie, to nie to. Najbardziej stresuję się, że zaraz pobudzi inne dzieci i będziemy mieli cyrk do rana. Na dodatek dwie z dziewczyn dopiero co przyjechały z porodówki, więc na pewno są wykończone. Mały się drze. O płaczu ciężko mówić, bo łez nie ma, a buźka otwarta i krzyczy. Bujam go delikatnie i chodzę po całej sali. W końcu sięgam po ostateczność, wyciągam gdzieś z samego dna torby smoczek uspokajający. Jestem przeciwnikiem tego typu rozwiązań i wcale nie wprowadzałabym smoczka, ale na Boga trzeba działać! Mały się trochę uspokaja, a ja czuję się jak zaszczute zwierzę w oczekiwaniu na kolejny atak płaczu. Na to wszystko wchodzi położna, spogląda na malca i z niesmakiem stwierdza – smoczek?! Jeśli chce ssać, to znaczy, że jest głodny. Mówię, że próbowałam dwa razy przystawiać i że nie chciał. Położna każe mi się położyć i wyciągnąć pierś, sprawnym ruchem zamienia smoka na pierś matki i wychodzi. Malec je i nie płacze, a ja zostałam sama ze swoimi myślami. Czy ja już faktycznie nie umiem rozpoznać głodu dziecka, czy sama nie mogłam wpaść na to, że skoro ssie to znaczy, że głodny i dlaczego moje dwie próby podania piersi potraktował płaczem??? Ja się wykończę w takich warunkach, czy nie ma jakiejś instrukcji obsługi dzieci?


Dalszy pobyt w szpitalu przebiegł już bez większych zakłóceń, ale może dlatego, że następnego dnia wyszliśmy ze szpitala. W domu to się dopiero zaczęła prezentacja pełnego wachlarza możliwości mojego synka. Właściwie wyróżnić można było trzy jego stany: sen, jedzenie, płacz. Niestety to trzecie było najtrudniejsze do przetrwania. Płacz pojawiał się z bardzo wielu powodów. Czasami nawet nie wiedziałam, czy udało mi się rozpoznać dlaczego, czy może przypadkiem wyeliminowałam jego problem. Najczęściej płakał, bo był głodny, na drugim miejscu plasowała się kupka w pieluszce. Reszta płaczu była dla mnie nierozpoznawalna. Zresztą te dwa pierwsze też nie brzmiały inaczej, ale gdy zaczynał płakać, wystawiałam pierś i sprawdzałam pieluszkę. Jak coś zadziałało to super, jak nie to miałam zmartwienie. Im dłużej nie mogłam zrozumieć, o co mu chodzi, tym bardziej byłam zestresowana, a on to czuł i jeszcze bardziej płakał. Błędne koło. Gdyby ktoś mógł mi pomóc i coś podpowiedzieć, byłabym bardzo wdzięczna.


Pamiętam też, że byłam z małym u moich rodziców. Wszystko było dobrze i nawet wpadły moje kuzynki, żeby zobaczyć pierwsze dziecko wśród kuzynostwa. Z pełnym uśmiechem prezentowałam małego, a on w płacz. Próbowałam sprawdzonych metod: karmienie, zmiana pieluchy, ale on nie przestawał. Kuzynki lekko pobladły i spoglądały na mnie w napięciu i oczekiwaniu. A ja co? No nic!!! Kołysałam go i nosiłam. W końcu dyskretnie dałam znak mojemu bratu, żeby zadzwonił do mojej mamy i spytał, kiedy będzie z powrotem. Pech chciał, że musiała wyskoczyć na chwilę, odebrać zamówiony towar. Wstyd przed kuzynkami, że taka ze mnie matka, że nawet nie wiem, jak uciszyć własne dziecko. Ale co ja mogłam zrobić: nakarmiony, przewinięty, sprawdziłam, czy nic go nie uwiera, na moje oko nie jest mu za ciepło ani za zimno, nic go nie boli, a przynajmniej tak mi się wydaje, próbuję go delikatnie masować, też źle… Teraz moje kuzynki już nigdy nie zdecydują się na potomstwo. Na to wszystko weszłam moja mama, wzięła malca na ręce, chwilę nim manewrowała i cisza… płacz ustał. Teraz to jest dopiero wstyd, własna matka sobie nie poradziła, dopiero babcię trzeba było wzywać na sygnale. Jeszcze raz pytam – dlaczego dziecko nie ma jakiegoś sygnalizatora, czytelnego dla rodziców – zwłaszcza tych początkujących?


Takich sytuacji było bardzo wiele. Z trudniejszych mogę wymienić jeszcze nocki. Młody spał grzecznie i nagle pobudka z wielkim płaczem. Byłam totalnie nieprzytomna, mąż mi podpowiadał, żeby przystawić dziecko do piersi. Całe szczęście, że był obok, inaczej wszyscy sąsiedzi zostaliby obudzeni, a ja oprzytomniałabym na końcu. Po karmieniu odkładałam małego do łóżeczka i znów płacz. Sprawdź pieluszkę, podpowiadał dobry duszek – mąż. Sprawdziłam i tam kupka. Przewinęłam i położyłam do łóżeczka, a synek znów płacze. Nakarm go, niech zaśnie przy piersi. Nakarmiłam, zasnął, odłożyłam, płacze. Wzięłam z powrotem i tak płakał, karmiłam, zasnął, zasnęliśmy wszyscy. Całe szczęście, że mąż jest obok.


Właśnie tak to było. Teraz moja pociecha ma ponad dwa lata i płacze tylko, gdy próbuje coś wymusić. Taki płacz mnie nie rusza, bo na mnie wymuszać nie wolno. Teraz jestem mądra, ale wtedy byłam przerażona, wykończona i ogłuszona. Ostatnio nawet widziałam takie urządzenie w Internecie. Rozpoznawało rodzaj płaczu dziecka i odpowiednią diodą sygnalizowało problem rodzicom. Super sprawa. Szkoda, że wtedy o tym nie wiedziałam. Z pewnością kupiłabym coś takiego, by zaoszczędzić stresów i synkowi, i nam. Jestem cierpliwą osobą, ale przy płaczącym dziecku ciężko się nie stresować. Jak to mówi moja mama (zapewne za mądrością ludową) „Płacz cudzych dzieci kaleczy uszy, własnych kaleczy serce”. Pamiętajcie o tym!
 

Ania z Zielonej Góry

 

Komentarze

ilość komentarzy: 0

Facebook:  

Temat:     

Treśc komentarza:  

Przepisz kod z obrazka: Captcha Podpis:     

Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.